Zegar wybił północ. Księżyc zawisł nad lasem. Była pełnia. Powietrze stało w miejscu, ciężkie jak ołów, lepkie od wilgoci i przesiąknięte zapachem dojrzałych traw. Kaśkę wyrwało ze snu gwałtowne ujadanie psa. Chwilę potem rozległ się przeraźliwy skowyt — przeciągły, nieludzki, kończący się nagle, jakby coś go zadławiło. Jej serce na moment przestało bić. Zerwała się, potykając i dopadła do okna. Spoza ściany drzew, w srebrnej poświacie księżyca, dostrzegła poruszające się cienie — byli uzbrojeni. Śmierć nadchodziła. — Banderowcy! — krzyknęła! Dom ożył w jednej sekundzie. Ojciec sięgnął po siekierę stojącą obok pieca, lecz po chwili opuścił ją bezradnie . Matka zbielała na twarzy. Dłonie drżały jej tak mocno, że ledwo utrzymała Zosię, którą chwyciła z kolebki. Kaśka porwała Stasia, śpiącego jeszcze, i przycisnęła do piersi. Ojciec otworzył tylne drzwi. W jego oczach nie było już lęku — tylko bezsilna rozpacz i obowiązek ocalenia rodziny. — Uciekamy. Cicho. Noc była duszna. Kaśka biegła boso przez przesiąkniętą rosą trawę. Stasiek płakał sennie, nieświadomy grozy. Z doliny dochodziły krzyki — najpierw pojedyncze, potem coraz liczniejsze. Strzały. Gardłowe wrzaski. W końcu kobiecy jęk, rozdzierający, jakby pękało niebo. Matka stanęła, zakrywając uszy, jakby mogła w ten sposób odegnać cierpienie, które rozbrzmiewało dookoła. Ojciec obejrzał się przez ramię. Ich dom stał już w ogniu — płomienie lizały niebo, ogarniając dach, który tak długo chronił ich przed światem. Biegli dalej. Przez zagajniki, jar, między głazami. Każdy trzask gałązki mógł być ich końcem. Dopiero o świcie dotarli do polany, gdzie rosło potężne drzewo. Padli bez sił. Zmoczeni, przerażeni, głodni. Nie mieli nic. Tylko siebie. Tylko oddechy i bicie serc, które jeszcze trwały. — Tu nas nie znajdą — wyszeptał ojciec. — Ale długo tak nie przetrwamy. Dzień minął w ciszy gęstej jak mleko. Matka kołysała Zosię, która już nie płakała, tylko patrzyła szeroko otwartymi oczami. Stasiek płakał z głodu, przeżuwając liście szczawiu. Kaśka siedziała obok, nieruchoma. Tamtej nocy coś w niej pękło. Już nie była dzieckiem. Nazajutrz wśród drzew pojawiła się postać. Cicho, niemal jak cień. Mężczyzna, wysoki, o surowym obliczu i ciemnych oczach. Przewieszona przez ramię torba zwisała ciężko. — Jeszcze żyjecie...? — powiedział szeptem, jakby sam nie wierzył. — Święty Boże... To był Wasyl. Bojko z sąsiedztwa. Kiedyś przychodzili do niego po mleko. Znał ojca. Spojrzał na dzieci, na obdarte nogi Kaśki, na zsiniałe usta Stasia — i zaklął cicho, po swojemu. — Chodźcie. Nie zdradzę was. Mogą mnie zabić , ale serca nie wypalą. To, co tu się dzieje... to już nie jest ludzkie. Poprowadził ich w głąb lasu, do miejsca o którem nikt nie pamiętał. W piwniczce, gdzie ściany były zimne i wilgotne, ukrywał ich całe tygodnie. Przynosił mleko, chleb, pierogi, dzbanek wody. Wracał do nich codziennie. — Moja matka ukrywała Żyda — powiedział kiedyś, siedząc w mroku. — Mówiła, że Bóg patrzy na duszę. Czy pełna, czy próżna. A nie na język, jakim się modlisz. Kaśka patrzyła na niego w ciszy. W jego oczach nie było litości — była odwaga. I wtedy, w tej dusznej ciemności, po raz pierwszy od dni pełnych strachu, poczuła, że świat jeszcze może być dobry. Kiedy front przeszedł, a popiół opadł, wyszli z kryjówki. Zaczęli budować życie od nowa — na ruinach, na ciszy, która wciąż krzyczała. Lata mijały. Ojciec nigdy nie zapomniał. Życie, które im pozostało, zawdzięczali jednemu człowiekowi. Szukał Wasyla długo, wśród wysiedleńców, aż w końcu odnalazł. Spotkali się bez słów. Przytulili się — długo i mocno. Wasyl przyjechał że swoimi bliskimi odwiedzić rodzinę którą ratował. I tamto miejsce. Szli razem przez zarastające ścieżki,aż dotarli do ruin. Piwniczka wciąż istniała, jakby czas ją ominął. Zeszli w dół. Dotknęli ścian. Wasyl milczał. Jego dzieci i żona stali z boku, poruszeni, jakby nagle zrozumieli ciężar historii, której byli świadkami. Minęły kolejne lata. Jedna z wnuczek zapragnęła wrócić tam z dziadkiem. Pomagała mu przejść przez zarośla. Był już słaby, ale podążał. Serce niosło go dalej. Zeszli do piwniczki. Dziewczyna znała tę opowieść od dziecka, ale teraz czuła ją całym sobą. — Tu bije nasze serce — powiedziała cicho. Dziadek usiadł, zamknął oczy. Oddychał ciężko, ale spokojnie. Wystarczył mu zapach ziemi. Chłód kamieni, które zapamiętały więcej niż ludzie. Tam, w tej ciszy, trwała pamięć. Przekazywana z ust do ust. Bo są w Bieszczadach miejsca, gdzie kamienie mówią — jeśli umiesz ich słuchać.