Siedziałem wtedy na starym murku za blokiem. Niby nic - letni wieczór, zimna kola z biedry, trochę zmęczony po całym dniu, ale coś we mnie pękło. Nie, nie jakoś dramatycznie. Po prostu... dotarło do mnie, że całe życie ostatnio to był jeden wielki sprint. Za czym? Sam nie wiem. Może za hajsem. Może za byciem kimś. Może po prostu uciekałem od siebie. I wtedy - stary, serio - przyleciał motyl. Pierwszy raz od dawna się nie spieszyłem. Usiadłem. Spojrzałem w niebo. Wciągnąłem powietrze aż do żołądka. Pachniało kurzem, latem i życiem. I pomyślałem sobie: kurwa, przecież ja żyję. Tu. Teraz. Nie na Insta, nie w planach, nie w cudzych oczekiwaniach. W tej chwili. Ze swoimi bliznami, zmęczeniem, chaosem - ale też z sercem, które wciąż bije. Nie muszę nic udowadniać. Nie muszę nikomu imponować. Mogę po prostu być. Więc zrobiłem coś dziwnego - kupiłem sobie loda. Bez powodu. Zdjąłem buty i postawiłem gołe stopy na trawie pod blokiem. I powiedziałem sobie na głos: „Jestem. Oddycham. To wystarczy.” Bo w świecie, który często zapierdala donikąd, to właśnie zatrzymanie się jest największym aktem odwagi. I Ty też masz do tego prawo. Do ciszy. Do luzu. Do wdzięczności. Do bycia człowiekiem, nie robotem na autopilocie. Nie musisz być najlepszy. Wystarczy, że będziesz prawdziwy. - Adwokat Diabła