Ciągle się wkurwiamy. Że ktoś znowu wysłał „👍” zamiast normalnej, porządnej odpowiedzi. Że ktoś wysłał nam rolkę, którą my wysłaliśmy mu 2 dni temu. Że pytają, kiedy w końcu kogoś sobie znajdziesz, jakby w Biedronce obok warzyw i pieczywa był dział „partnerzy życiowi”. Że rachunek za prąd przypomina ratę Tesli, mimo że mamy tylko czajnik i laptopa. Że na Netflixie znowu trzeba pół godziny wybierać film, żeby i tak zasnąć po piętnastu minutach. Że ktoś ghostuje, a potem wraca z tekstem: „hej, co u ciebie?”. Że kurier z paczką spóźnia się 48 minut. Że ktoś znowu pyta „a kiedy dzieci?”, a my wciąż zastanawiamy się, czy stać nas na roślinę w doniczce. Że na koncercie stoją z tymi telefonami, zamiast słuchać artysty. Że ktoś twierdzi, że to „miłość życia”… ale tylko do momentu, aż znajdzie coś nowego. Że kawa była na mleku krowim, a nie owsianym. Że ktoś obiecał, że oddzwoni „za chwilę”, która trwa już trzy dni. I właśnie tu jest problem. Nie w ghostingu, nie w rachunkach, nie w kawie na złym mleku. Problem w tym, że całe życie zamieniliśmy w polowanie na powód, żeby być wkurzonym. Łatwiej robić aferę, że ktoś wysłał tylko 👍, niż zauważyć, że sami komunikujemy się jak emotikon z demencją. Albo krzyczeć, że wszyscy kłamią, niż sprawdzić, ile razy sami mówimy „już wychodzę” siedząc jeszcze w gaciach w domu. Każdego dnia zamieniamy swoje życie w śmietnik frustracji. Nosimy w sobie fochy o pierdoły i karmimy nimi własne ego, jakby to było coś wartościowego. A potem dziwimy się, że jesteśmy zmęczeni i bez energii. I to nie świat jest winny, tylko my. Wiecznie głodni powodów do złości. Może więc czas wreszcie spróbować nakarmić się uśmiechem, a nie własnym jadem. Racjonalny Psycholog