Czasami wieczorem przychodzą. Dziewczyny z Tindera. Z Instagrama. Znikąd. Wchodzą do mojego mieszkania, nawet nie pytając o imię. Rozbierają się jakby znały mnie od zawsze. Jakby to nie miało żadnego znaczenia. Jakbyśmy nie byli ludźmi, tylko ciałami do wykorzystania. I wiesz co? Zdarza się, że przy nich czuję się jak ściana — niemy obserwator czegoś, co powinno być intymne, a stało się tylko wymianą. Ciepła za ciepło. Dotyku za dotyk. Orgazmu za chwilową ulgę. Ale nie ma tam nic więcej. Nie ma głębi. Nie ma spojrzenia, które zostaje w człowieku. Nie ma słowa, które coś znaczy. Każda z nich pachnie inaczej, ale żadna nie pachnie znajomo. W żadnej nie odnajduję tego, czego naprawdę szukam. Bo ja nie szukam kobiety. Ja szukam tej jednej, która kiedyś trzymała moją dłoń tak, jakby od niej zależało moje życie. Brzydzę się tym czasami. Albo sobą. Bo znów otwieram drzwi. Znów wpuszczam do środka kogoś, kto nie ma nic wspólnego z tym, czego naprawdę potrzebuję. Bo łudzę się, że przez kilka minut, godzin — poczuję choć namiastkę bliskości. Ale kończy się tak samo. Szum w głowie. Ciało obok. A rano… pustka. I ta myśl: Znowu się oszukałem. Znowu próbowałem udawać, że jestem w stanie kogoś pokochać, kiedy tak naprawdę ciągle tęsknię. Tylko do kogo? Czerwony 🩸