Mówiliśmy wtedy „na zawsze” z taką pewnością, jakbyśmy naprawdę mogli zatrzymać czas. Pamiętasz? Siedzieliśmy na podłodze, jedliśmy pizzę z kartonu i śmialiśmy się, że to dopiero początek wszystkiego. Myślałem, że początki są wieczne. A potem przyszły ciche dni. Coraz krótsze wiadomości, coraz mniej spojrzeń, coraz więcej odległości, której nie umieliśmy już wypełnić. I nagle zrozumiałem, że to, co miało trwać wiecznie, skończyło się szybciej, niż zdążyłem dobrze zapamiętać Twój zapach na mojej koszuli. Najgorsze w dorosłych związkach jest to, że uczą, jak łatwo można złamać słowa, które brzmiały jak przysięgi. Jak „na zawsze” nie oznacza wcale wieczności, tylko kilka wspólnych miesięcy, które potem bolą dłużej niż trwały. Nie wiem, czy żałuję. Może tak. Ale chyba bardziej żałuję tego, że uwierzyłem w coś, co nigdy nie istniało naprawdę. W nasze „na zawsze”. Czerwony 🩸