Czy wystarczy nam siły do walki, pytają mnie w komentarzach? Wystarczy. Ale nie tej siły, co się mierzy w mięśniach, liczbach i decybelach. Wystarczy tej, która drzemie w trzewiach, co w nocy każe nie spać, a za dnia podnosi z kolan. Siła, która nie potrzebuje rozkazu ani pozwolenia. To nie pięść. To spojrzenie. Głębokie, ciche, pewne. Bo ludzie zapomnieli. O tym, że świat się im nie przydarza. Że nie są liściem targanym przez wichry cudzych decyzji. Zapomnieli, że tworzą. Słowem. Myślą. Wyborami. Tym, czemu dają uwagę, a czemu pozwalają umrzeć z głodu. A kiedy to sobie przypomną — choćby jeden z tysiąca — wtedy stary rytm znów się obudzi. Nie trzeba krzyku. Nie trzeba krwi. Trzeba ciszy, która nie klęka. Trzeba odwrócić wzrok od teatru lęku, od scenariuszy strachu i zacząć nie grać. Nie tworzyć im tła. Nie podtrzymywać ich iluzji. Bo wiesz… Kiedy człowiek przestaje im kreować rzeczywistość — to ona się sypie. Jak maska zrobiona z mrozu, gdy przychodzi wiosna. Oni są tylko odbiciem. I ich świat żyje, bo my go zasilamy uwagą. A czy tu leje się krew? Nie. Tu nie ma krwi. Tu jest decyzja. Tu jest ten moment, gdy wstajesz od stołu, zostawiasz pionki i mówisz: "Już nie gram." Tu się nie rzuca kamieniem. Tu się rzuca milczeniem. Tu się nie walczy — tu się pamięta. Ja — samotny wilk z lasu, bagien i pradawnej kuźni — wiem jedno: Że kiedy iskra wraca do ognia, to nie trzeba tłumu, by ogrzać noc. Wystarczy jeden płomień, który wie, że jest ogniem. Więc nie pytaj już, czy wystarczy nam siły. Zacznij ją sobie przypominać. Wilk