Przestała czekać na mnie po pracy. Kiedyś wychodziła na korytarz, przytulała, mówiła bez końca. A teraz - cisza. Wchodzę, a ona siedzi cicho z telefonem albo książką. Nie złości się. Nie pyta. Po prostu... jakby oduczyła się być blisko. Złościłem się. Myślałem, że jej przeszło. Albo, że kogoś znalazła. Aż pewnej nocy obudziłem się, a ona siedzi po cichu w kuchni, piję herbatę i płacze. Nie ze złości. Z przemęczenia. Z samotności obok mnie. Nie wiedziałem jak ją odzyskać. Zacząłem od małych rzeczy. Słuchałem. Przynosiłem kawę. Pisałem do niej w ciągu dnia, jakbym dopiero co zaczął się z nią spotykać. Przestałem traktować ją jak coś oczywistego. Ożywała powoli. Na początku uśmiechała się nieśmiało. Potem przytuliła mnie, jak kiedyś - mocno, z duszą. I nagle zrozumiałem: ona nadal jest moja. Po prostu zbyt długo czuła się obca. Weź mnie. Tu i teraz.