Nasze pokolenie rodziców jest… wyczerpane.

Bo tamtego systemu wsparcia, który kiedyś trzymał rodziny w całości, już po prostu nie ma.


Kiedy byliśmy dziećmi, wysiadaliśmy z autobusu, wrzucaliśmy rzeczy do plecaka — i jechaliśmy do babci na weekend, a czasem nawet na całe letnie tygodnie.


To nie było nic wyjątkowego. To było zwykłe życie.


A dziś — nawet poprosić kogoś, żeby popilnował dzieci przez parę godzin, wydaje się ciężarem.

Musimy uzgadniać kalendarze, odrabiać przysługi, i z góry przygotowywać się na poczucie winy — tylko po to, żeby trochę odetchnąć.


I bardzo często nawet nie prosimy, bo odpowiedź przecież znamy.


Wychowujemy dzieci w oderwaniu od innych. Próbujemy robić coś, co kiedyś było obowiązkiem całej wioski — samotnie, za zamkniętymi drzwiami, z minimalną pomocą.


I prawda jest taka, że dlatego właśnie tak wielu z nas czuje, jakby tonęło.

Nie dlatego, że jesteśmy złymi rodzicami. Ale dlatego, że nigdy nie mieliśmy i nigdy nie powinniśmy byli robić tego zupełnie sami.