Było kiedyś tak, że każdy Twój krok ktoś oceniał. Zrobiłeś coś inaczej – już patrzyli krzywo. Podjąłeś decyzję po swojemu – od razu gadka, że źle. Zrobiłeś błąd – wypomnieli Ci go pięć razy bardziej, niż powinno boleć. I nie minęło dużo czasu, aż sam zacząłeś się zastanawiać, czy przypadkiem to wszystko to nie Twoja wina. Ale wiesz co? W którymś momencie w końcu się budzisz. Zrywasz się z łóżka nie po to, żeby się komuś tłumaczyć, tylko żeby wreszcie żyć po swojemu. I nie – nie stajesz się przez to zimnym skurwielem. Po prostu zaczynasz rozumieć, że nikt nie przeżyje za Ciebie Twojego życia. Więc przestajesz tłumaczyć się ludziom. Przestajesz zabiegać o ich zrozumienie. I wreszcie zaczynasz zapierdalać przed siebie – z głową uniesioną wysoko, nawet jak wszystko dookoła się wali. Bo Ty: nie jesteś przegrywem – Ty jesteś w procesie, który inni olewają, bo nie mają jaj. nie masz porażek – masz konkretne lekcje, których nikt Ci nie zabierze. nie boisz się ludzi – po prostu szanujesz własny spokój. nie jesteś zamknięty w sobie – po prostu nie marnujesz energii na pierdolenie o niczym. nie jesteś samotny – Ty wreszcie jesteś ze sobą i to Ci pasuje. I właśnie dlatego ludzie Cię nie rozumieją. Bo oni dalej siedzą w miejscu, a Ty idziesz. Krok po kroku. Raz szybciej, raz wolniej – ale zawsze do przodu. I nikogo nie pytasz o zgodę. Bo to nie ich życie. To Twoje. A oni? Gadają. Bo nic więcej nie potrafią. Więc wiesz co? Brawo, chłopie. Nie przestawaj. Rób swoje. I jak trzeba – z uśmiechem na mordzie, ale dalej z zaciśniętymi zębami. Jeszcze pokażesz światu, kto tu kurwa wrócił silniejszy. - Adwokat Diabła