Kiedyś myślałem, że im więcej ludzi wokół mnie, tym lepiej. Że jak mam ekipę na dziesięć osób, to znaczy, że coś znaczę. Że jak mam z kim wypić, pogadać, pośmiać się, to jestem „kimś”. A potem przyszło życie. I mi, kurwa, pokazało. Z tych dziesięciu zostało może dwóch. Reszta zniknęła jak dym po ognisku – jak tylko przestałem być wygodny, jak tylko zacząłem mówić głośno, co czuję, albo – o zgrozo – miałem gorszy dzień. Ale wiesz co? Dzisiaj nie zamieniłbym tej mojej cichej, małej przestrzeni na żaden tłum. Bo ten mniejszy krąg to nie jest strata – to filtr. Zostają ci, co naprawdę są. Nie dla imprez, nie dla wygody, tylko dla Ciebie. A w zamian? Święty, pierdolony spokój. Zero dram, zero fałszu. Cisza w telefonie, ale cisza, która leczy. Serce spokojne, bo nie musisz już grać nikogo, kim nie jesteś. I jeśli teraz czujesz, że zostałeś sam – to nie jesteś przegrany. Jesteś właśnie w najważniejszym momencie: kiedy budujesz krąg nie liczbowo, ale jakościowo. I z czasem zobaczysz, że mniej znaczy więcej. Mniej ludzi, więcej szczerości. Mniej hałasu, więcej spokoju. Zaufaj temu procesowi. Bo czasem trzeba się, kurwa, zgubić w samotności, żeby odnaleźć siebie. - Adwokat Diabła