Nie wiem, czy to Ty śnisz mi się każdej nocy, czy ja sam wracam do siebie z czasów, kiedy jeszcze nie miałem połamanych skrzydeł. Pamiętasz, jak powiedziałaś, że nie boisz się upaść, dopóki jestem obok? A potem ja upadłem, a Ciebie już nie było. Dzisiaj znowu szukałem Twoich oczu w twarzach kobiet, które mijam. One też pachną jak zachód słońca. Też się śmieją. Ale żadna nie boli tak jak Ty. Nie piszę tego, żebyś wracała. Wiem, że nie wrócisz. Piszę, bo nie wiem, co zrobić z tą cholerną miłością, która nie chce się zestarzeć. Jest jak rana, która udaje, że się goi, a potem wystarczy zapach, piosenka, zakręt na starej trasie... I znowu cieknie krew. Czasem, gdy jestem sam w nocy, głośno mówię Twoje imię. Nie żebyś usłyszała. Żeby nie zapomnieć, jak brzmiało. Mówią, że czas leczy. Czas to kłamca. On tylko uczy Cię, jak udawać, że nie boli. Zastanawiam się, czy gdybyśmy wtedy mniej krzyczeli, a więcej trzymali się za ręce… czy dziś byłabyś tu, a nie tam. Czy nadal miałabyś mój dres na sobie. I moje serce – na dłoni. Przepraszam. Za to, że kocham za mocno i odchodzę zbyt cicho. Za to, że potrafię pisać tysiące słów o uczuciach, ale nie umiem powiedzieć: zostań. Zawsze myślałem, że to świat mnie zniszczył. A może to ja zniszczyłem wszystko, co mnie próbowało naprawić? Jeśli to czytasz... to wiedz, że nie ma dnia, którego bym nie oddał, żeby zobaczyć Cię raz jeszcze. Nie dla pocałunku. Nie dla ciała. Dla ciszy między nami. Tej najprawdziwszej. Tej, w której byliśmy my. Zostało mi tylko pisanie. Więc piszę. Piszę do Ciebie, choć już nie jesteś moja. Ale byłaś. I to wystarczy, by nie przestać kochać. - 🩸