Wyobraź sobie… Mała dziewczynka z piegami na nosie biegnie w moją stronę i krzyczy „Tato!”. A ty — z tym swoim uśmiechem, który gasił każdy mój lęk — patrzysz na nią tak, jak patrzyłaś kiedyś na mnie. Z dumą. Z miłością. Ze spokojem, który potrafiłaś zbudować nawet na zgliszczach. Chciałem mieć z Tobą dom. Nie taki z katalogu. Taki z twojego śmiechu w kuchni i moich stóp zmarzniętych od balkonowych przemyśleń. Taki, gdzie nie trzeba mówić „kocham”, bo wszystko inne będzie o tym krzyczeć. Chciałem dzieci. Naszych. Z twoimi oczami i moim smutkiem, bo wtedy może nauczyłbym się go oswajać. Chciałem tych poranków, gdy zapinamy im kurtki i śpieszymy się do przedszkola. Tych wieczorów, gdy dostajemy rysunek, na którym jesteśmy „mamą i tatą” i nie chce się płakać — chyba że ze wzruszenia. Marzyłem o tym, że będziemy odkrywać świat. Ale nie ten z folderów Itaki. Ten, w którym Ty zjesz coś nowego i zrobisz tę minę jak zawsze. Ten, w którym ja zgubię się w obcym mieście, ale nie będę się bał, bo Ty będziesz przy mnie. Marzyłem o starości. Że nasze dłonie pomarszczą się tak samo. Że będziemy oglądać filmy, których nie pamiętamy, bo nie będą już ważne. Ważne będzie to, że jeszcze tu jesteśmy. Razem. Na tej samej kanapie. Ale Ty wybrałaś inną drogę. I może nie żałujesz. Może ktoś inny daje Ci wszystko to, czego ja nie potrafiłem. Może się śmiejecie. Może dzieci będą miały innego tatę. Może świat dalej się kręci — tylko nie mój. Bo ja utknąłem. Między wczoraj a jutro. W niedokończonych planach i zaciągniętych obietnicach. Żyję z pytaniem, które codziennie rozcina mnie od środka. Co by było… gdybyś została? I nigdy się nie dowiem. - 🩸Czerwony