Siedzę sobie kiedyś z ziomkiem na ławce, pijemy kawę z Orlenu, taka za 5 ziko, co smakuje jak życie – trochę gorzka, trochę słodka, ale stawia na nogi. I on do mnie: - Stary, czemu ty zawsze musisz mówić jak jest? Nie możesz czasem powiedzieć czegoś „dla świętego spokoju”? A ja na to: - Bo k*rwa spokój nie jest święty, jak trzeba przy nim udawać, że coś śmierdzi, a mówisz, że pachnie fiołkami. Widzisz… Ludzie nie chcą prawdy. Oni chcą, żebyś im przybił piątkę za ich własne kłamstwa. Żebyś przytakiwał, jak mówią, że wszystko gra – mimo że w ich życiu orkiestra gra marsz pogrzebowy. A jak zaczniesz mówić prawdę? Oj, stary… Z miejsca jesteś wrogiem publicznym numer jeden. Bo prawda boli. Ale leczy. Najbardziej samotni ludzie, jakich poznałem, to byli najbardziej autentyczni skurczybyki. Nie uśmiechali się na pokaz, nie gadali pod publikę. I wiesz co? Jak już kogoś do siebie dopuścili, to była to relacja taka, że nawet Netflix by tego nie wymyślił. Prawdziwa. Bez filtrów. Bez „co wypada”. I co najśmieszniejsze? Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie Ci, że powinieneś się zmienić. Że jesteś „za bardzo”. Za głośny. Za cichy. Za szczery. Za sobą. No to mam pytanie: — A może to oni powinni się zmienić, żeby lepiej do ciebie pasować, hmm? Jeśli zmieniasz się tylko po to, żeby się komuś przypodobać, to przestajesz być sobą, a zaczynasz być ich wersją ciebie. A to najgorszy cosplay, jaki można nosić. Prawdziwy przyjaciel nie powie ci: „bądź inny”, tylko: „kurde, fajnie, że jesteś taki, jaki jesteś – choć czasem mnie wkurwiasz”. A ci wszyscy, którzy chcą cię ulepić na nowo? Znikną szybciej niż ich obietnice. I to nie znaczy, że jesteś popsuty. To znaczy, że nie każdy pasuje do twojego filmu. I dobrze. Bo lepiej być samotnym wilkiem niż kolejnym barankiem w stadzie fałszywych uśmiechów. - Adwokat Diabła