Znasz to uczucie, kiedy komuś ufasz bardziej niż sobie? Zakładasz razem firmę, stowarzyszenie, budujecie coś z niczego. Nieraz nie masz co do garnka włożyć, ale wierzysz, że razem to ogarniecie. Że jak ty padniesz – on ci poda rękę. A potem ten sam człowiek – „brat”, jak go nazywałeś – robi ci wjazd na pełnej ku**ie. Zabiera wszystko. Papierki, ludzi, pomysły, kontakty. I zostajesz z niczym. Jak frajer. Jakby ci ktoś zajebał dom, a ty jeszcze przepraszasz, że drzwi były otwarte. I wiesz co? To nie wstyd, że dałeś się oszukać. Wstyd to być takim człowiekiem, który potrafi drugiemu wbić nóż w plecy z uśmiechem na twarzy. Wstyd to budować na cudzym zaufaniu tylko po to, żeby to zaufanie zniszczyć. To nie wstyd, że zaufałeś. Że dzieliłeś się wszystkim – od pomysłów po ostatnią kawę. Że wierzyłeś, że razem coś zrobicie. Bo tak robią ludzie z sercem. Prawdziwi. Ale jak już cię raz życie jebnie z liścia przez „brata”, to uczysz się jednej rzeczy: brata poznaje się nie po tym, kto z tobą pije, ale po tym, kto z tobą sprząta syf, jak wszystko się posypie. I choć wtedy siedzisz na gruzach tego, co budowałeś – masz coś, czego on nigdy mieć nie będzie: honor. prawdę. czyste sumienie. Bo można ci zabrać firmę, projekt, nawet nazwę – ale nie zabierze ci tego, że byłeś uczciwy. I właśnie dlatego wstaniesz. Może powoli, może bez fanfar – ale wstaniesz silniejszy. I zbudujesz coś lepszego. Z mądrzejszymi ludźmi. Bez kurew. Tylko z ludźmi z jajami i sercem. Więc jeśli teraz jesteś po takiej zdradzie – to nie wstyd. Wstyd to być zdrajcą. A ty jesteś człowiekiem. I to jest, kurwa, siła. - Adwokat Diabła