Wiesz… kiedyś myślałem, że życie to sprint. Że trzeba zapierdalać, wyprzedzać, nie oglądać się za siebie. Tylko że w tym biegu zacząłem gubić siebie. Były chwile ciszy, takie, co ryją banię bardziej niż najgłośniejsza kłótnia. Była samotność – ta prawdziwa, nie ta na Insta. Było też udawanie… żeby tylko komuś pasować. Żeby nie być tym „dziwnym”. Żeby nie zawieść. Aż pewnego dnia coś pękło. I poszedłem w swoją stronę. Powoli, bez fajerwerków, ale kurwa – w zgodzie ze sobą. I wiesz co? Nikt tam nie kazał mi kłamać. Nie musiałem grać kogoś, kim nie jestem. Nie trzeba było ranić innych, żeby samemu się utrzymać na powierzchni. To była droga, na której po raz pierwszy od dawna – miałem czyste sumienie. I chociaż nie była łatwa, chociaż każdy krok bolał… To była moja droga. Wolna. Prawdziwa. I kurwa – bezcenna. - Adwokat Diabła