Był taki dzień. Zwyczajny, niby jak każdy inny. Kawa, scrollowanie, jakieś powiadomienia, ktoś coś znowu chce. Ale coś we mnie pękło. Spojrzałem w lustro. I po raz pierwszy od dawna nie zobaczyłem zmęczonego gościa, który ciągle się tłumaczy, przeprasza, gasi cudze pożary i łata dziury po cudzych decyzjach. Zobaczyłem siebie. Gościa, który przeżył więcej, niż niejednemu się śniło. I nagle – jakby ktoś kliknął „reset” – poczułem spokój. Nie taki udawany spokój, tylko ten prawdziwy. Głęboki. Z tych, co wchodzą do kości. Dotarło do mnie, że już mnie nie obchodzi, co ktoś myśli. Serio. Nie chodzi o zgrywanie twardziela. Po prostu mam wyjebane. Jeśli ktoś ma problem z tym, kim jestem, jak żyję, co robię i czego nie robię – to to już nie mój problem. To jego sprawa. I jego syf. Przestałem się tłumaczyć. Przestałem udawać, że wszystko jest okej, jak nie jest. I przestałem ratować ludzi, którzy nie chcą się sami uratować. Kiedyś każdemu dawałem drugą, trzecią, dziesiątą szansę. Teraz? Jedna wystarczy. Druga to już luksus. Nie mam czasu na gównodramy i emocjonalne gierki. Mam swoją przestrzeń. Mam ludzi, którzy są – nie dlatego, że muszą, tylko dlatego, że chcą. I to jest kurewsko piękne. Mam gdzie mieszkać, mam co jeść, jestem zdrowy, jestem wolny. I wiesz co? To jest luksus. Życie to nie wyścig, tylko dar. I albo to zrozumiesz teraz, albo obudzisz się za 10 lat z żalem w gardle i pustką w oczach. A ja? Ja już nie gonię. Nie próbuję nikogo do siebie przekonywać. Robię swoje. Każdego dnia. I z każdą chwilą czuję, że to moje życie – dokładnie takie, jakie ma być. Reszta? Lata mi w okolicach dupy. - Adwokat Diabła