Są dni, kiedy gadam z ludźmi jak najęty. Odbieram telefony, odpisuję na wiadomości, ogarniam wszystko, co trzeba. Piszę, dzwonię, załatwiam, robię robotę. Bo tak trzeba. Bo niektóre rzeczy się same nie zrobią. Ale są też dni, kiedy po prostu… mam dość. Nie dlatego, że nie lubię ludzi. Nie dlatego, że jestem niewdzięczny. Tylko dlatego, że czasem czuję, że zaraz eksploduję, jak jeszcze jedna osoba zapyta mnie „co tam?” albo „czy masz chwilę?”. Nie mam, kurwa. Czasem po prostu potrzebuję oddechu. Ciszy. Nie chcę rozmawiać. Nie chcę tłumaczyć, co u mnie, jak się czuję, co planuję. Czasem po prostu chcę, żeby nikt ode mnie nic nie chciał. Nawet dobrych intencji. Nawet zwykłego „hej”. I to jest okej. Potrzebuję świętego spokoju. Takiego na serio. Takiego, gdzie nie muszę być liderem, ratownikiem, przyjacielem, prezesem, terapeutą i kurwa bohaterem w jednym. Czasem chcę być po prostu sobą. Zmęczonym gościem, który robi co może, ale też czasem musi się schować pod kocem i wylogować z życia na chwilę. Nie obrażaj się, jeśli utnę rozmowę. Jeśli nie odpiszę od razu. Jeśli będę cichy. To nie o Ciebie chodzi. To o mnie. O moje granice. O moje zdrowie psychiczne. Bo jeśli mam dalej dawać z siebie 100%, to muszę się też nauczyć czasem po prostu odpocząć. I nie przepraszać za to. Święty kurwa spokój – to też jest forma dbania o siebie. - Adwokat Diabła