Lubiła o nim myśleć… Cicho. Delikatnie. Jakby dotykała wspomnienia opuszkami palców, by go nie spłoszyć… Nie potrzebowała jego obecności codziennie, nie musiała słyszeć jego głosu, by go czuć… Wystarczyło jedno wspomnienie – ten jego uśmiech, który mówił więcej niż niejeden wiersz. .. Wystarczyła pamięć dłoni, która raz otuliła jej twarz, jakby była czymś najcenniejszym na świecie… Lubiła o nim myśleć, kiedy dzień zwalniał… Kiedy wieczór zasnuwał niebo miękkim welonem ciszy, a ona z kubkiem herbaty siadała na skraju swoich myśli i otwierała drzwi do tamtych chwil… Nie idealizowała go… Znała jego rysy i cienie… Wiedziała, kiedy milczał zbyt długo, i kiedy zbyt szybko odchodził myślami w głąb siebie… Ale właśnie wtedy kochała go najbardziej — za to, że był człowiekiem z krwi, z błędów, z wątpliwości… Lubiła o nim myśleć, bo przy nim była sobą… Bez masek, bez lęków, bez udawania… Bo tylko on potrafił odczytać ciszę między jej słowami… Tylko on znał jej uśmiech, który pojawiał się wtedy, gdy serce mówiło: „Jesteś tu – i to wystarczy.” Lubiła o nim myśleć… Nie dlatego, że tęskniła… Ale dlatego, że pamięć o nim była jak ciepło zaklęte w ulubionym swetrze – otulała, koiła, pozwalała przetrwać… Lubiła o nim myśleć… Bo choć życie potoczyło się inaczej —to miłość, która naprawdę była, nigdy się nie kończy… Ona po prostu zmienia formę… Czasem staje się myślą… Czasem uśmiechem… A czasem – najczulszym „dobranoc”, wyszeptanym w samotności… Pięknego popołudnia kochani… Foto pinterest