Przy porannej kawie, kiedy świat jeszcze nie zdążył narzucić swojego tempa — zadajemy sobie pytania, których nie wypowiadamy na głos… Dlaczego tak bardzo chcemy żyć w duecie? Dlaczego samotność, nawet jeśli spokojna, bywa dla nas niewygodna jak źle uszyty garnitur? Może dlatego, że człowiek od zawsze szuka odbicia… Kogoś, kto spojrzy i powie: „Widzę cię.” Nie tylko oczami, ale sercem… Nie tylko przez to, co pokazujesz, ale mimo tego, co ukrywasz… Może dlatego pragniemy miłości — nawet desperacko — bo w głębi duszy wierzymy, że drugi człowiek ma moc uleczyć nasze pęknięcia… Że dotyk czułości może pozszywać rozdarcia, których sami nie potrafimy już naprawić… A może po prostu tak nas nauczono… Od dziecka karmiono nas opowieściami o połowach jabłek, o tym, że “do pełni” potrzeba dwojga… I gdzieś w tym wszystkim zapomnieliśmy, że człowiek też może być całością… Że szczęście nie zaczyna się od „my” — ale od „ja”… Od akceptacji siebie, od czułości dla własnych braków… Dlatego czasem wybieramy związki nie z potrzeby serca, ale z lęku przed pustką… Bo tak bardzo boimy się ciszy, że wolimy złą rozmowę od żadnej… Bo tak bardzo boimy się nocy w pojedynkę, że godzimy się na chłód, który nie daje ciepła… A przecież miłość to nie transakcja… Nie pojawia się, bo chcemy… Nie przychodzi na wołanie… Miłość sama wybiera — kogo i kiedy… Nie kieruje się logiką, ani naszym planem życiowym… Nie pyta, czy jesteśmy gotowi… Nie czeka, aż przestaniemy być samotni — czasem pojawia się właśnie wtedy, gdy już się z samotnością zaprzyjaźniliśmy… I może w tym cała tajemnica… Że to nie my znajdujemy miłość… To miłość znajduje nas — kiedy przestajemy jej szukać na siłę… Kiedy już nie desperacko, ale spokojnie pijemy poranną kawę… Ze sobą… Dla siebie… W pełni obecni — i w tym właśnie już nie samotni… Pięknego dnia kochani… Foto pinterest