Wiesz co? Przychodzi taki moment w życiu, że przestaje Ci się chcieć. Ale nie tak „depresyjnie”. Bardziej w stylu: kura, szkoda mi życia na pierdoły*. I wtedy pierwszy raz od dawna robisz coś zajebiście ważnego – zaczynasz mieć wyje**ne. Już nie latasz za ludźmi, co mają większy roz*erdol w głowie niż Ty po trzech nocach bez snu. Nie próbujesz się dopasować do jakichś plastikowych ideałów z Instagrama. Nie ciśniesz się, żeby być „fajny”, „na czasie” i „fit do porzygu”. Masz wyje**ne, bo wiesz jedno: święty spokój smakuje lepiej niż jakikolwiek sukces, który nie jest Twój. Ludzie, co byli tylko wtedy, jak coś chcieli? Pyk – znika im Twój numer z kontaktów. Ci, co gadali jedno, robili drugie, a za plecami to już w ogóle kabaret? Im już tylko pokazujesz grzecznie – i bardzo serdecznie – środkowy palec. Bo dziś to Ty decydujesz, komu dasz swój czas. Z kim usiądziesz na kawie, a komu nie otworzysz nawet drzwi jak będą walić jak komornik. I nagle czujesz, że to, co kiedyś Cię spinało – dziś Cię śmieszy. Te całe dramaty, niedomówienia, „a co ludzie powiedzą?” – pier*olisz to. Bo prawdziwy luksus to nie nowy zegarek, tylko czysta głowa i zero głupców dookoła. I to nie znaczy, że się wypaliłeś. To znaczy, że Ci się w końcu j*bnęło na dobre – i chwała Ci za to. Bo jesteś dokładnie tam, gdzie trzeba. Z jajami. Ze spokojem. Z głową do góry. I tylko z tymi, co warto. Reszta? Niech się bawi na własnym cyrku. Ty już z tego wysiadłeś. - Adwokat Diabła