Wiesz, stary… przez lata próbowałem być „twardy”. Nie okazywać emocji, nie płakać, nie mówić, że boli. Bo przecież „facet nie płacze”, nie? Kurwa, co za gówno. Wpychałem wszystko w siebie, jakby to miało zniknąć. Ale nie znikało. Zżerało mnie od środka - frustracja, smutek, strach. I dopiero kiedy pozwoliłem sobie poczuć… pierwszy raz poczułem się naprawdę silny. Nie, nie jesteś słaby, jeśli czujesz. Nie jesteś miękki, jeśli czasem masz łzy w oczach. To znaczy, że jesteś żywy. Że nie zgniotło cię to życie, chociaż miało okazji po kokardy. Wiesz, co jest słabością? Udawać, że wszystko gra, gdy w środku się rozpadasz. I zakładać maski tak długo, aż sam nie pamiętasz, kim jesteś. A siła? To moment, w którym stajesz przed lustrem i mówisz: „Mam prawo czuć. Mam prawo mieć gorszy dzień. I mam prawo się z tym nie pierdolić i iść dalej.” Nie jesteś „zbyt emocjonalny”, „zbyt cichy”, „zbyt rozkminiający”. Jesteś facetem, który czuje. A takich potrzeba dziś więcej. Bo świat ma już dość gości, którzy znają tylko dwie emocje: wkurwienie i obojętność. Potrzeba takich, co potrafią kochać, przepraszać, przytulić, powiedzieć: „Nie daję już rady”, a potem mimo wszystko wstać rano i zapierdalać dalej. Więc jeśli ktoś mówi, że jesteś „zbyt” - powiedz mu, żeby spierdalał. Ty nie jesteś „zbyt”. Jesteś dokładnie taki, jaki masz być. I to nie zawsze będzie proste. Ale będzie prawdziwe. A prawda? To dzisiaj luksus. Trzymaj się, wojowniku. Nie musisz być z kamienia, żeby być silny. Wystarczy, że jesteś sobą. I że nie uciekasz przed tym, co masz w środku. Bo to nie czyni cię słabszym. To czyni cię cholernie odważnym. - Adwokat Diabła