Czasem się z kimś spotykam. Bez planu. Bez zobowiązań. Dzwoni wieczorem. Przyjeżdża. Nie mówi wiele. Zdejmuje płaszcz. Cicho. Patrzę, jak jej sukienka spada na podłogę jak zapomniany list. Dotykam jej pleców i czuję dreszcz — ale nie swój. Jej. Całuję ją powoli, tak jakby chciała, żebym przypomniał jej, że jest zbudowana z czegoś więcej niż z obowiązków i oczekiwań. Prowadzę ją do łóżka. Jej ciało pod moimi dłońmi wygina się jak struna, a ja zamykam oczy. Nie z rozkoszy. Z próby ucieczki. Bo to nie ona. To nigdy nie ona. Wchodzę w nią powoli, głęboko, tak jak lubi. Oddycha nierówno, mówi moje imię. Ale to nie moje imię powinno paść z jej ust. To nie jej głos powinien teraz brzmieć w moich uszach. Dotykam jej włosów, szukając tych, które kiedyś pachniały domem. Pocałunki — zbyt wilgotne, zbyt intensywne — nic nie znaczą. Ona szczytuje. Krzyczy. A ja jestem gdzieś indziej. Nie szukam przyjemności. Nie chcę jej czułości. Nie pragnę jej obecności. Chcę znaleźć w niej Ciebie. Twój śmiech. Twoje spojrzenie, kiedy byłaś naga nie tylko z ubrań, ale z emocji. Twoje „zostań”, które mówiłaś bez słów. Ale w niej nie ma Ciebie. W żadnej z nich nie ma. Tylko ciepło, które znika po 30 minutach. Tylko łóżko, które staje się zimniejsze, gdy znów zostaję sam. Ona zasypia. A ja patrzę w sufit, powtarzając sobie: „To tylko ciało. To tylko seks.” Ale serce się nie daje oszukać. Bo ja wciąż pieprzę Cię w pamięci. I tak… Każda noc to próba znalezienia Ciebie w kimś, kto nigdy nie miał nawet szans. - autor🩸