Dziś wieczorem, zamiast wznosić toast za wygrane, wznoszę go za wszystkie kurwa porażki, które dostałem w ryj. Za ludzi, którzy mieli być przyjaciółmi, a okazali się zwykłymi fałszywcami. Za każdą kłodę, którą ktoś mi rzucił pod nogi z nadzieją, że się wyjebię. Za te wszystkie momenty, kiedy leżałem na dnie i myślałem: „po chuj to wszystko?”. Za łzy, które lałem po cichu, bo nikt ich nie widział. Za słowa, które miały mnie złamać, a dziś są tylko paliwem do ognia. Za obrabianie dupy za plecami – bo dzięki temu nauczyłem się ufać tylko tym, co pokazują czyny, a nie pierdolą bajki. Wznoszę toast, bo to właśnie te momenty ukształtowały mnie bardziej niż wszystkie pierdolone lajki, pochwały czy poklepywania po plecach. Bo dzięki nim wiem, kim nigdy nie chcę być. Bo dzięki nim mam w sobie taki ogień, że dziś idę po swoje, bez pytania kogokolwiek o pozwolenie. I wiesz co? Nie życzę nikomu źle. Nie muszę. Karma i tak zrobi robotę lepiej niż ja bym kiedykolwiek potrafił. Ja życzę im tylko tego, na co zasłużyli – a reszta? Niech życie samo rozliczy. A ja? Ja dziś piję za swoją drogę. Za każdy upadek, po którym wstawałem mocniejszy. Za to, że zamiast się poddać, nauczyłem się odpalać w sobie tryb „pierdolę, robię swoje”. Więc jeśli dziś siedzisz i myślisz, że już koniec, że nie masz siły – pamiętaj: największe ciosy od życia to czasem najlepsze lekcje. A za kilka lat będziesz pił taki sam toast. - Adwokat Diabła