Na razie spierdzielam z polityki. Serio, mam jej dość. To jak telenowela z kiepską obsadą, tylko nikt nie ma poczucia humoru, a każdy uważa się za Mesjasza. Jeden wielki cyrk bez klaunów — bo nawet klauni mieliby więcej klasy. Więc robię krok w bok. Wchodzę tam, gdzie jest prawdziwe życie: emocje, miłość, związki, motywacja. Czyli rzeczy, które naprawdę mają znaczenie. Bo jak ktoś mnie złamie, to raczej nie minister, tylko osoba, którą kocham. I jak mam rano wstać z łóżka, to nie dlatego, że głosowanie w Sejmie, tylko bo chcę żyć po swojemu. Ale bez obaw — polityczny radar działa. Trzymam rękę na pulsie jak chirurg po trzech kawach. Jak coś się zacznie dziać, co naprawdę będzie miało sens — wracam. Bez litości, z wyostrzonym językiem i głową pełną ognia. "W czasach uniwersalnego zakłamania, mówienie prawdy to jak rzucenie granatu na salonie." – trochę Orwell, trochę ja Bo wiecie co? Żeby móc komuś przypierdolić argumentem, trzeba najpierw zadbać o własne zdrowie psychiczne... 🤣 Piona! 👊