Wiesz co jest największym paradoksem tego świata?
Że najwięcej siły rodzi się wtedy, kiedy jesteś w totalnej rozsypce.
Kiedy siedzisz z głową w dłoniach, masz ochotę pierdolnąć wszystkim i zniknąć.
Właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa gra.
Nie wtedy, kiedy świecisz sukcesami,
ale wtedy, gdy nikt nie klaska, a Ty i tak wstajesz.
Bo ilu z nas miało moment, że chciało się poddać?
W chuj razy, prawda?
Ale mimo tego dalej oddychasz, dalej próbujesz, dalej idziesz.
I to jest właśnie to, co odróżnia zwykłego chłopa od wojownika.
Nie potrzebujesz oklasków, potwierdzeń, ani pierdolonych lajków.
Potrzebujesz tylko jednego -
przypomnieć sobie, kim byłeś, zanim świat Cię złamał.
Bo tam, głęboko pod tym wszystkim bólem,
wciąż jesteś Ty - prawdziwy, nieugięty, może zmęczony, ale dalej żywy.
A życie nie jest po to, żebyś się nad sobą użalał.
Jest po to, żebyś podniósł głowę i pokazał, że kurwa potrafisz.
Więc ogarnij się.
Niech Cię nikt nie przekona, że jesteś skończony,
bo dopóki oddychasz - to dopiero początek.
Zaciśnij zęby.
Podnieś się.
I idź po swoje.
Bo świat nie czeka na tych, co płaczą w kącie -
tylko na tych, co mają odwagę wstać z kolan i znów wejść na ring.
