Jest w tym coś okrutnego —
to przekonanie, że jeśli kobieta kocha,
to zniesie wszystko.
Wybaczy każde słowo, każdy brak, każdą zdradę duszy i ciała.
Bo „miłość to cierpliwość”.
Bo „miłość nie odpuszcza”.
Bo „kobieta ma wielkie serce”.
I właśnie to serce…
bywa najczęściej ranione.
Bo skoro kocha, to przecież wybaczy.
Zostanie.
Zrozumie.
Złoży się w pół, żeby nie przeszkadzać.
Zgaśnie trochę, żeby on mógł świecić pełniej.
Ale to nie jest miłość.
To jest oczekiwanie,
że kobieta nie ma granic.
Że jej uczucie to wycieraczka pod drzwiami cudzych błędów.
Że jej siła to gwarancja bezkarności.
Nie.
Miłość to nie jest zgoda na krzywdę.
To nie jest akceptowanie wszystkiego w imię „my”.
To nie jest milczenie po raz setny,
żeby nie wyjść na tę „niedobrą”.
Kobieta, która kocha – ma prawo odejść.
Ma prawo nie wybaczyć.
Ma prawo wybrać siebie,
nawet jeśli jego to boli.
Bo kochać nie znaczy – nie mieć godności.
Kochać nie znaczy – pozwalać na wszystko.
Kochać nie znaczy – rezygnować z siebie.
