Nie jestem święta.
Mam swoje granice.
Po przekroczeniu których, nawet wysoka wrażliwość przesuwa się na drugie tło.
Nie siedzę bezczynnie, gdy ktoś ładuje mnie w uja.
Nie milczę i nie udaje, że mam klapki na oczach i nie widzę, gdy ktoś mną manipuluje.
Nie przytakuje, gdy wewnątrz wszystko krzyczy "nie".
Nie pozwalam na zabawę moimi uczuciami, wykorzystywanie ich.
Czynienia mi w życiu rollercoastera i rozpierdolu, zaburzania spokoju, na który tak cholernie ciężko pracuję.
Nawet dobry człowiek powinien mieć swoje granice, których zaciekle broni, gdy ktoś go upokarza, poniża, wykorzystuje, dworuje z niego.
To nie bycie złym, aroganckim, bezczelnym.
To ochrona własnego szacunku, jaki każdy powinien mieć wobec drugiego człowieka.
Owszem jestem wrażliwa i empatyczna, ale nie jestem pustą lalką, naiwną i głupią marionetką, kukiełką, która porusza się wg. oczekiwań innych.
Bezmyślnym stworem, który nie ma swojego zdania, ślepo zgadza się na wszystko i podąża za tłumem, w obawie przed ostracyzmem społecznym.
Nie pozwolę sobie nigdy na takie traktowanie.
Jak coś mnie wk#rwia to mówię, że mnie wk#rwia, a nie szczerzę zęby w głupim uśmiechu.
Jak ktoś mnie drażni, irytuje, nie siedzę potulnie udając, że jest ok.
Lubię władać sarkazmem, ironią, łaciną i w takich sytuacjach z przyjemnością sięgam po tę broń.
Zawsze będę głośno mówić nie.
Gdy tylko poczuję, że ktoś próbuje bawić się, "obracać" mną w swoich dłoniach.
A jeśli ktoś nie docenia mnie, mojej inteligencji, samodzielnego myślenia i odwagi.
Cóż, będę dla niego największym rozczarowaniem, z jakim będzie miał przyjemność się zetknąć.
