Jedną kanapkę jedliśmy,

z jednego kubka piliśmy,

lody na lizy, a jabłka na gryzy były.

Latem kurz w rzece zmyliśmy,

zimą przemarznięci z gilem do brody, z górek zjeżdżaliśmy,

całe dnie po dworze lataliśmy.

Nie było probiotyków w kapsułkach,

była butelka kefiru i kiszona kapusta,

nie było mleka zdrowszego niż to ciepłe, spracowanymi rękami dojone.

Kąpiel w rzece bezpieczna była,

woda pita prosto ze źródła nikomu nie szkodziła.

Warzywa z ogródków kradliśmy,

owoce z sadów w bluzki kryliśmy, wszystko niemyte zjadaliśmy.

Poziomki, jagody, maliny - wtedy też osikane przez lisy były, ale nikogo nie brzydziły, nikogo nie otruły.


Dziś dzieci rączki muszą mieć myte chusteczką - hydroksybenzoczymś nasączoną.

Teraz sterylność modna, ważniejsza jest od zdrowia.


Dziś tylko wariaci życia się nie boją, i do dawnych czasów tęsknią ... ❤️


~ Słowiański włóczykij