Czytałaś moje wiersze jak modlitwy.

Palcem po wersach, z czułością,

z oczami, które chciały rozumieć.

Mówiłaś: „Piękne. Tak pisze tylko ktoś, kto naprawdę kocha.”


I miałaś rację.

Kochałem.

Tylko nie potrafiłem mówić o tym tak jak Ty chciałaś.

Nie umiałem krzyczeć „zostań”,

gdy pakowałaś torbę.

Nie umiałem płakać w Twoje dłonie,

gdy się oddalałaś.


Ty mówiłaś miłość słowami.

Ja — milczeniem.


Zrobiłaś mi śniadanie, mówiłaś: „smakuje?”

A ja kiwałem głową.

Ty czekałaś na zdanie,

a ja myślałem, że wszystko widać w oczach.

W tym, że zjadłem do końca,

że odsunąłem krzesło, żebyś mogła przejść.


Ty chciałaś listów.

Ja zostawiałem herbatę.

Ty czekałaś na pytania.

Ja wierzyłem, że domyślisz się, czego się boję.


I chyba to był nasz największy błąd.

Mówiliśmy o miłości w dwóch różnych językach.

Ty — głośno, jasno, odważnie.

Ja — cicho, po kątach, między wersami.


Kochałaś mnie za to, jak pisałem.

Ale nie rozumiałaś, jak milczałem.

A ja milczałem tylko wtedy, gdy najbardziej bolało.

Nie z obojętności.

Z bezsilności.


Nie zdążyłem Ci tego przetłumaczyć.

I może właśnie dlatego dziś

czytasz już cudze wiersze.

I masz obok siebie kogoś, kto potrafi mówić głośno.


A ja…

Wciąż piszę.

O Tobie.


Tym razem wyraźniej.

Żebyś, jeśli kiedyś tu wrócisz,

w końcu wszystko zrozumiała.


🩸