Kochanie,
obiecałem, że będę inny.
Obiecałem, że nigdy nie powtórzę tego, co widziałem w jego oczach,
kiedy trzasnęły drzwi, a mama została sama z niedopitą herbatą i jego winą.
Obiecałem, że nie wyjdę.
Nie podniosę głosu.
Nie zostawię cię w pustym mieszkaniu i z pełnym sercem,
którego nie będziesz miała gdzie położyć.
I właśnie to zrobiłem.
Obiecywałem, że będziesz bezpieczna.
Że nie będziesz miała w oczach tego samego lęku,
który miała moja matka, gdy próbowała mnie przekonać,
że wszystko jest okej, mimo że płakała do poduszki.
Powielałem wszystko.
Schematy. Milczenie. Oziębłość.
To, od czego uciekałem całe życie —
było już we mnie.
Miałem tylko dość czułości, żeby cię przyciągnąć,
i zbyt mało odwagi, by nie odepchnąć.
Nie chciałem być jak on.
Ale krew się nie wybiera.
I czasem to nie serce boli — tylko dziedziczenie.
Zraniłem cię, choć obiecałem, że nie zrobię tego nigdy.
I wiem, że „nigdy” to najłatwiejsze słowo do wypowiedzenia,
a najtrudniejsze do spełnienia.
Dzisiaj nie chcę twojego przebaczenia.
Nie mam prawa prosić.
Chcę tylko, żebyś wiedziała — że żałuję.
Nie tylko tego, co się stało.
Ale tego, kim się stałem.
Bo miałaś być moją przyszłością,
a zostałem wspomnieniem, którego nie da się dotknąć bez bólu.
Nie wiesz, ile razy słyszałem jego głos w swoim gniewie.
I ile razy po nim płakałem w sobie,
bo przecież nie wolno mi płakać na zewnątrz — tak mnie nauczono.
Ale dziś już wiem, że to nie jest siła.
To jest tchórzostwo.
I właśnie przez to zawiodłem najbardziej.
Przepraszam, że cię nie obroniłem —
nawet przede sobą.
🩸
