Przychodzi taki moment w życiu, że masz już kurwa dość.

Nie ludzi, nie świata… tylko tego udawania, że wszystko jest okej.

Że niby się uśmiechasz, niby masz luz, a w środku rozjebany na części pierwsze.


W końcu przestajesz gonić za tym, co nie Twoje.

Nie zabiegasz o ludzi, którzy i tak by się nie odwrócili, gdybyś zniknął.

Nie próbujesz tłumaczyć się komuś, kto nigdy nie chciał zrozumieć.

Nie ciągniesz za sobą trupów starych relacji.

Nie naprawiasz tego, co dawno przestało żyć.


Bo w pewnym momencie łapiesz, że szkoda na to życia.

Szkoda nerwów, szkoda czasu, szkoda siebie.


Zaczynasz ciszej mówić, ale mocniej żyć.

Zaczynasz ufać sobie, a nie każdemu, kto mówi ładne słowa.

Zaczynasz rozumieć, że nie musisz wszystkim się podobać,

bo i tak najważniejsze, żebyś patrząc w lustro, nie miał ochoty spuścić wzroku.


To nie jest gniew, to spokój.

Taki spokój, który przychodzi po latach chaosu.

Po tysiącu błędów, zawodów, rozczarowań.

Po tych wszystkich nocach, kiedy chciałeś to pierdolnąć i zniknąć.


Ale nie znikasz.

Bo gdzieś w środku coś się odpala.

Taki cichy głos: „Ej, stary, to jeszcze nie koniec.”


I wtedy zaczynasz wracać.

Krok po kroku.

Bez fajerwerków, bez wielkich słów.

Po prostu wstajesz i robisz swoje.

Bo już nie musisz nikomu nic udowadniać.


Już wiesz, że wszystko zaczyna się w Tobie.

Nie w innych. Nie w pieniądzach. Nie w tym, co masz.

Tylko w Tobie.


I może dalej będzie ciężko, może znowu życie przyjebało,

ale tym razem się nie poddasz.

Bo teraz grasz po swojemu.

I to, kurwa, jest właśnie wolność.


- Adwokat Diabła