nie zapalam zniczy.

nie muszę.

oni i tak tu są. 

w krześle co skrzypi,

w kubku po kawie,

w ciszy. 

w czekaniu. 


żywi też chodzą jak duchy.

niby oddychają,

ale nie patrzą.

nie słuchają.

tylko przewijają cudze życia

jakby bali się własnego.


zmarli są uczciwsi. 

nie kłamią, że mają czas. 

po prostu go liczą. 

nie jak dawniej. 


czasem siadam przy stole

i nalewam dwa kieliszki.

jeden dla siebie,

drugi dla kogoś, kto już dawno nie pije. 


siedzimy razem. 

bez słów. 

bo słowa nic nie znaczą,

jak ktoś naprawdę jest. 

nawet, jak nie pije. 


Armin Dorian Soler