Jestem zmęczony. Nie takim zmęczeniem, co przechodzi po weekendzie, tylko tym, które siedzi w kościach, jakbyś od lat nosił cały świat na barkach i jeszcze się uśmiechał, żeby nikt nie zauważył, że ledwo zipiesz.

Czasem mam wrażenie, że jadę na oparach, ale i tak zapalam silnik. Bo co innego mam zrobić? Zatrzymać się? Nie po to przeżyłem tyle gówna, żeby teraz się poddać.


Wiesz, jak to jest? Jak życie cię przyciska do ściany i patrzy, czy się złamiesz. A ty, choć masz w środku huragan, stoisz. Z zaciśniętą szczęką, z oczami, które widziały za dużo, z sercem, które ciągle bije, mimo że dawno miało dość.

I może czasem klękniesz. Może nawet zapłaczesz. Ale kurwa - nie zostajesz tam. Bo masz w sobie coś, czego nie da się zabić.


Nie jestem idealny. Popełniłem błędy, zjebałem sprawy, straciłem ludzi. Ale każde potknięcie było jak cios, który zamiast mnie złamać - hartował. Bo kiedy życie wali cię po ryju, masz dwie opcje: albo płaczesz nad sobą, albo wstajesz i mówisz „dobra, jeszcze raz, skurwysynu”.


Nie chodzi o to, żeby być twardym cały czas. Chodzi o to, żeby być prawdziwym. Wiedzieć, kiedy odpuścić, a kiedy przycisnąć. Wiedzieć, że nawet jak dziś jest ciemno, to jutro może być choćby jeden promień słońca - i czasem ten jeden wystarczy, żeby iść dalej.


Więc jeśli teraz walczysz, jeśli masz dość, jeśli czujesz, że zaraz pękniesz - pamiętaj, że to też część drogi. Każdy wojownik ma swoje rany. Ale te blizny to nie wstyd. To dowód, że przeżyłeś. Że wstałeś. Że nadal tu jesteś.


A jeśli ktoś ci powie, że nie dasz rady - uśmiechnij się. Bo nie wiedzą, ile już przeszedłeś. I nie wiedzą, że ogień, który masz w środku, nie gaśnie tak łatwo.


Bo jesteś zrobiony z twardego materiału. Z bólu, z ciszy, z marzeń i ze stali. I choćby świat walił się na głowę - ty wciąż idziesz. Krok po kroku. Z brudem na butach i sercem, które się nie poddaje.


- Adwokat Diabła