Bywałaś nie do zniesienia…


Twoje wybuchy, Twoje milczenia, Twoje „nic mi nie jest”,które znaczyło zawsze dokładnie odwrotnie…


Twoje dramaty o trzynastej i Twoje czułości o trzeciej nad ranem…


Ale wiesz, co jest naprawdę nie do zniesienia?


To, że teraz nie ma Cię wcale…


Że nie trzaskasz drzwiami…


Że nie przewracasz oczami…


Że nikt nie mówi mi, żebym „przestał tak patrzeć”…


Cisza po Tobie jest jak głuchy huk

od którego dzwonią mi myśli


Tęsknota nie jest już słodka…


Tęsknota jest surowa jak mróz…

i równie bezlitosna…


Bo choć nieraz wysiadałem przy Tobie z siebie,choć czasem chciałem spakować Twoje humory w walizkę i odesłać priorytetem,

to prawda jest brutalnie prosta:


nie ma dziś niczego, czego nie chciałbym znów w Tobie znieść…


Twojej niecierpliwości…


Twojej zadziorności…


Twojego „zaraz wracam”, choć zawsze wracałaś dopiero, gdy Ci przeszło…


Bo ta miłość — nasza, niewygodna, krzywa, poszarpana —była jedyną, przy której czułem, że naprawdę żyję…


Jedyną, przy której miałem wrażenie,że nawet chaos potrafi oddychać w rytmie serca…


I choć noszę w sobie rozsądek, który mówi: „odpuść”,to pragnienie jest silniejsze, bardziej uparte, bardziej Twoje…


Jakbym wciąż gdzieś po omacku szukał drogi do Ciebie— nie dlatego, że potrzebuję spokoju,ale dlatego, że potrzebuję Ciebie, nawet jeśli z Tobą nigdy spokojnie nie jest…


Bo może właśnie o to chodziło od początku: że jedyną rzeczą trudniejszą niż znosić Twoją miłość…jest znosić jej brak


I chyba…gdybyś kiedyś zapukała,

to wiesz — otworzyłbym od razu…


Nawet jeśli znowu miałbym się na Tobie zgubić…


I znowu w Tobie odnaleźć…


Choćby na chwilę…


Choćby jeszcze raz…ostatni raz..


Pięknego wieczoru kochani…


Autor W każdej ciszy  najgłośniej słychać milczenie.


Foto pinterest