Był taki moment w moim życiu, że siedziałem sam, w ciszy, patrząc w sufit i myśląc: "Czemu, do cholery, to wszystko się tak posypało?" Zawód za zawodem, ludzie, którym ufałem – odpłacili się obojętnością albo wbili nóż w plecy. I tak, były łzy. Nie, nie płakałem jak dzieciak. Płakałem jak facet, który miał już wszystkiego dość, który trzymał wszystko w sobie za długo, aż w końcu pękł. Ale wiesz co? To były łzy, które czegoś mnie nauczyły. Każda jedna była jak kamień wrzucany do pieca – bolało, ale hartowało. I dziś mogę ci powiedzieć jedno: te łzy nie poszły na marne. Bo stary, życie ma tę dziwną właściwość, że kołem się toczy. I kurwa, to co komuś robisz – wraca. Może nie dziś, nie jutro, ale wraca. A łzy…? One wracają. Tyle że nie do Ciebie. Tylko do tych, co je spowodowali. Więc jeśli teraz jesteś w takim momencie, że myślisz, że świat Cię jebie z każdej strony – przetrwaj. Wstań rano, ogarnij się, nawet jeśli wszystko w Tobie mówi "daj sobie spokój". Wstań mimo to. Bo nie jesteś słaby. Jesteś właśnie w procesie przemiany. I za jakiś czas, jak spojrzysz wstecz – podziękujesz sobie, że nie odpuściłeś. Bo karma? Ona nie zapomina. - Adwokat Diabła