Kiedyś myślałem, że muszę być kimś. Silniejszy, mądrzejszy, bogatszy, spokojniejszy, lepszy. Wiecznie coś. Wiecznie za mało. A jak już byłem wystarczający, to zaraz pojawiało się "no dobra, ale teraz to musisz jeszcze...". I tak zapierdalałem przez życie jak chomik w kołowrotku, ciągle próbując zasłużyć – na uwagę, na miłość, na to, żeby ktoś po prostu został. Aż pewnego dnia – nie wiem nawet czy to był przypadek, czy po prostu w końcu otworzyłem oczy – spotkałem człowieka, który po prostu… był. Nie zadawał tych wszystkich pytań z ukrytym „musisz”. Nie oczekiwał, że coś udowodnię. Nie próbował mnie naprawiać. Po prostu powiedział: - Ej, fajnie, że jesteś. Chodź, posiedzimy. I wiesz co? To był moment, który coś mi przełączył w głowie. Zrozumiałem, że kurwa... ja przez całe życie walczyłem o coś, co wcale nie powinno być towarem luksusowym. Akceptacja. Obecność. Bycie wystarczającym - takim, jakim jestem. Z ADHD, z chaosem w głowie, z nieidealną przeszłością. I pierwszy raz nie musiałem niczego grać. Więc jeśli teraz czytasz to i czujesz, że ciągle jesteś „nie dość” – wiedz, że to nie Ty jesteś popsuty. To te wszystkie popierdolone wymagania świata Ci wmówiły, że zasługujesz tylko wtedy, gdy jesteś idealny. A prawda jest taka, że dla odpowiednich ludzi - Ty już jesteś wystarczający. Nie musisz świecić jak złoto. Wystarczy, że jesteś sobą. I tak, spotkanie kogoś, kto chce tylko Twojego towarzystwa – bez warunków, bez masek – to jeden z najpiękniejszych momentów życia. Tylko najpierw... sam musisz zacząć tak siebie traktować. - Adwokat Diabła