Mieszasz mi w głowie. I nawet nie przepraszasz. Znowu czuję, że coś się wali, ale tym razem nie zamierzam tego sklejać. Nie moimi dłońmi. Nie moimi łzami. Nie moim spokojem, który rozjebałaś jakby był nic nie wart. Kłamiesz. A ja znowu Ci wierzę. Bo jestem głupi. Bo mam serce tam, gdzie inni mają granice. W pustym pokoju po Tobie zostaje echo — krzyk, którego nie zdążyłem wyrzucić z siebie, bo znów wierzyłem, że to ostatni raz. Ale Ty zawsze wracasz. Z tą samą miną. Z tym samym “to nie tak jak myślisz”. I znowu to ja się składam. Znowu ja odpuszczam. Bo Ty nigdy nie musiałaś walczyć. Bo ja robiłem to za nas dwoje. Pamiętasz, jak leczyłem Twoje rany? Jak brałem na siebie cały świat, żebyś Ty mogła choć raz zasnąć spokojnie? Jak obiecałem, że nie odejdę? To czemu dzisiaj to Ty odchodzisz po kawałku? Słowem. Gestem. Milczeniem. Już nie wiem, co boli bardziej — Twoje kłamstwa czy to, że za każdym razem je rozgrzeszam. Nie chcę Cię tracić. Ale nie będę już siebie gubił, żebyś mogła udawać, że wszystko jest dobrze. Bo nie jest. Miłość to nie jest pole bitwy, gdzie jedna osoba rzuca granatami, a druga się modli, żeby przeżyć. Miłość to nie jest wybaczanie w kółko tego, co nigdy nie powinno się wydarzyć. Nie zasłużyłem na takie traktowanie. Na ciszę w słuchawce. Na pustkę w oczach. Na bycie planem B, kiedy Twoje plany A się posypią. Nie chcę żałować, rozumiesz? Ale zaczynam. Zaczynam żałować, że nie odszedłem wcześniej. Że tak długo trzymałem się za rękę, która tak często mnie puszczała. Bo może to nie ja kochałem za mocno. Może to Ty — nie kochałaś wcale. Bo miłość to nie jest gra. A jeśli była — to wygrałaś. Bo ja zostałem z niczym. 🩸