Wiesz, kiedyś myślałem, że wszystko musi być idealne, zanim zacznę. Że jak nie mam planu, kasy, energii, sprzętu, pomysłu - to nie ma sensu. Więc czekałem. I mijały dni, tygodnie, miesiące. A ja stałem w miejscu i żyłem życiem 'jutro'. Jutro ogarnę. Jutro spróbuję. Jutro w końcu zacznę… Tylko że, kurwa, jutro nie istnieje. Jest tylko dzisiaj. Tyle mamy. Tyle dostajemy. I dziś rano, jak odpaliłem czajnik, popatrzyłem przez okno i pomyślałem: ile jeszcze razy dam się okraść z dnia? I wiesz co zrobiłem? Nic wielkiego. Ale ruszyłem. Umyłem mordę zimną wodą, założyłem buty i po prostu wyszedłem. Bez planu, bez celu - ale nie zostałem tam, gdzie byłem. Bo czasem nie chodzi o to, żeby wiedzieć dokładnie dokąd idziesz. Chodzi o to, żeby nie stać w miejscu, które cię wypala od środka. I Ty też możesz. Serio. Nie musisz mieć wszystkiego. Wystarczy, że dziś zrobisz cokolwiek. Jedną małą rzecz. Dla siebie. Wstań. Ogarnij pokój. Idź na spacer. Napisz posta. Nagraj jedną relkę. Przestań udawać, że nic nie czujesz. Masz prawo czuć się zagubiony, masz prawo być zmęczony. Ale nie masz prawa rezygnować z siebie. Nie po tym wszystkim, co już przeżyłeś. Nie teraz. Bo każdy dzień, kiedy nie poddajesz się, to dzień, w którym wygrywasz. Adwokat Diabła