Byłem zmęczony. Kurwa, zmęczony dawaniem z siebie wszystkiego dla ludzi, którzy mieli mnie totalnie w dupie. Zmęczony tym, że jak trzeba było pomóc – to nagle nikogo nie było, a ja zawsze byłem pierwszy do ratowania innych. Zmęczony słuchaniem pierdolenia, które i tak nic nie znaczyło. Cały czas starałem się za dwóch. Udowadniałem, że jestem, że mi zależy. A efekt? Cisza. Jakby ktoś jebnął mute na całe moje życie. I wiesz co? Doszedłem do ściany. Do takiego momentu, że miałem ochotę wystrzelić pół świata w kosmos. Bez biletu powrotnego. Ale właśnie tam, w tym zmęczeniu, coś się we mnie odpaliło. Złapałem oddech. Spojrzałem w lustro i powiedziałem sobie: „Chuj, wybieram siebie.” Nie ich. Nie te wszystkie fałszywe gęby, które tylko żerują na mojej energii. Wybieram siebie. Bo w końcu zrozumiałem – nie muszę się drzeć, nie muszę udowadniać nikomu nic. Będę robił swoje po cichu. Planował po cichu. A jak przyjdzie czas, to moje wyniki będą krzyczeć głośniej niż jakiekolwiek słowa. I to jest ta różnica – już nie gram w ich grę. Gram w swoją. I powiem Ci jedno – to jest kurwa najpiękniejsze uczucie na świecie. - Adwokat Diabła