Kiedy będę stary, nie chcę słyszeć tekstów w stylu: „dziadku, siadaj, nie podnoś się, odpocznij”.
Kurwa, nie po to całe życie walczę, żeby na końcówce traktowano mnie jak szklaną figurkę.
Chcę, żeby pamiętano, że byłem człowiekiem z historią, ze swoimi porażkami, upadkami i momentami, kiedy życie przypierdalało mnie do ściany, a ja - mimo wszystko - wstawałem.
Nie chcę, żeby ktoś machał nade mną ręką, jakbym już nie ogarniał świata.
Chcę, żeby mówiono do mnie normalnie, jak do faceta, który przeżył swoje i dalej ma coś do powiedzenia.
Kiedy będę stary, nie chcę być „problemem do ogarnięcia”.
Chcę być gościem, którego traktuje się z szacunkiem - nawet jeśli już mi się ręce trzęsą, a krok nie jest tak pewny jak kiedyś.
Nie chcę, żeby ktoś popychał mój wózek, jakby odrabiał jakiś pierdolony obowiązek.
Chcę, żeby zapytał: „Gotowy? Jedziemy?”
Bo nawet jak mam swoje lata - dalej chcę czuć, że mam wpływ na to, co się dzieje.
Kiedy będę stary, nie chcę plastikowego talerza i plastikowych słów.
Chcę normalnego posiłku i normalnej rozmowy.
Chcę poczuć, że wciąż jestem człowiekiem, a nie numerem w grafiku.
Nie chcę, żeby ktoś podejmował decyzje za mnie „bo tak szybciej”.
Kurwa, szybciej nie znaczy lepiej.
Chcę, żeby dawano mi czas - nawet jeśli będę potrzebował go więcej niż kiedyś.
Kiedy będę stary, chcę, żeby pamiętano, że wciąż mogę coś czuć.
Mogę tęsknić, mogę kochać, mogę się bać.
I mogę mieć ochotę na kawę o 5 rano albo na spacer, który trwa dwa razy dłużej niż planowano.
Ale najbardziej…
Chcę, żeby nigdy nie odebrano mi prawa do bycia sobą.
Bo stary to nie znaczy skończony.
Stary to znaczy - żyjący dalej, tylko wolniej.
I chcę, żeby ludzie, którzy będą przy mnie, dostali w końcu więcej uznania.
Bo to oni będą wtedy moimi rękami, moimi nogami, moim bezpieczeństwem.
I zasługują na coś więcej niż „dobra robota”.
A póki nie jestem stary…
To walczę, kurwa.
Codziennie.
O to, żeby kiedyś patrzeć w lustro i powiedzieć:
„Dobra robota, chłopie. Nie zmarnowałeś życia.”
