Dzisiaj do Was.
Nie będę udawał, że jest dobrze.
Nie będę też udawał, że zawsze mam siłę pisać o tym, co boli.
Czasem po prostu nie mam.
Czasem siedzę w ciszy i patrzę w ścianę,
bo nawet muzyka wydaje się wtedy zbyt głośna.
Nie wciskałem Wam nigdy kłamstw między słowa.
Zawsze chciałem być szczery — nawet wtedy, kiedy prawda ciągnęła w dół.
I dziś też taka będzie.
Od jakiegoś czasu walczę z czymś, co nie ma twarzy,
ale potrafi pożerać całe dnie, sny, sens.
Z czymś, co mówi: po co?
I czasem nie mam odpowiedzi.
To nie słabość.
To nie gorszy dzień.
To brak światła nawet wtedy, gdy w pokoju jest jasno.
To śmiech w towarzystwie i cisza po powrocie do domu.
To ciągłe udawanie, że jeszcze da się.
Piszę to, bo wiem, że wielu z Was też tam było.
Albo jest teraz.
I może myślicie, że nikt nie rozumie.
Że wszyscy mają łatwiej.
Nie mają.
Tylko nie każdy mówi głośno o tym, jak bardzo boli.
Dlatego proszę Was o coś.
O obecność.
Nie lajki. Nie słowa typu „dasz radę”.
O prawdziwe wsparcie — takie, które nie ocenia.
Które potrafi po prostu usiąść obok i milczeć,
a jednocześnie sprawić, że już nie czujesz się sam.
Depresja zabiera głos.
A ludzie, którzy ją mają, nie potrzebują motywacyjnych cytatów.
Potrzebują ludzi.
Czasem jednego.
Czasem Ciebie.
Nie wiem, jak długo jeszcze będę się z tym mierzył.
Ale wiem, że nie chcę się poddać.
Bo gdzieś tam, po drugiej stronie tej ciemności,
ciągle jest coś, co czeka.
I Wy.
Wy, którzy czytacie,
którzy czujecie podobnie,
którzy też próbowaliście się poskładać po cichu.
Jeśli mogę Was o coś prosić —
rozmawiajcie ze sobą.
Słuchajcie się.
Nie uciekajcie od cudzych emocji.
Bo każdy z nas może być dla kogoś powodem,
żeby jednak zostać.
🩸
