Gdy tak patrzę na ten świat.
Tych ludzi wokół.
Znajomych i tych zupełnie obcych.
Widzę ich pośpiech, wręcz bieg przez życie.
Kto szybciej, kto lepiej, kto więcej.
Małżeństwa zupełnie dla siebie obce.
Żyjące w jednym domu, a tak bardzo emocjonalnie, mentalnie odległe od siebie.
Gdzie obojętność, chłód aż mrozi otoczenie.
Widzę rodziców na spacerach z dziećmi, pochylonych nad telefonami.
Poczekalnie wypełnione ludźmi wpatrzonymi w ekrany.
Tę młodzież błąkającą się po mieście, galeriach bez celu, z nudów, braku perspektyw, chęci do zaangażowania się w kreatywne, twórcze spędzanie czasu.
Te związki, relacje ludzi pozbawione lojalności, wierności, uczciwości.
Rozglądające się na boki w poszukiwaniu lepszego modelu, okazji do flirtu, zdrady.
Ukrywające w telefonach całą swoją nielojalność wobec partnera.
Widzę te dziwne spojrzenia, gdy będąc pośród tego tłumu wyciągnę książkę, zamiast telefonu.
Jakbym wydobyła wynalazek niczym ze średniowiecza.
I te pytania jak można lubić czytania, jak w ogóle można chcieć czytać.
Widzę tych ludzi nieszczęśliwych, a odgrywających pozorne szczęście przed innymi, tworzących iluzje, fikcję życia, w jakim chcieliby żyć, ale tak odmiennym od tego w jakim żyją, na jakie się zgadzają, jakie akceptują.
Widzę ten teatr masek, tylu aktorów życiowych, odgrywających rolę przed innymi, aby ukryć kim są, jacy są naprawdę.
Za maską skryć całą swoją toksyczną, prawdziwą naturę.
Gdy widzę ten nasz świat.
To nasuwają mi się święte słowa W.Szymborskiej.
Ten świat jest chory psychicznie...
