Samotność to taki cichy skurwysyn.

Nie trzaska drzwiami, nie wrzeszczy.

Ona po prostu siada obok, jakby miała prawo -

i nagle czujesz, że całe to miejsce wokół Ciebie jest puste jak cholera.


Nie dlatego, że nie ma ludzi.

Ludzie są.

Tylko nie Ci, na których liczyłeś.

Ci, co obiecywali zostać, zniknęli szybciej, niż zdążyłeś zapytać „dlaczego?”.

A świat jedzie dalej, jakbyś Ty miał ogarnąć wszystko sam.


I wiesz co?

Najgłośniej nie boli krzyk.

Najgłośniej boli cisza.

Ta przestrzeń, która przypomina, komu ufałeś, kto zawiódł,

i ile razy musiałeś zbierać się z podłogi, choć nikt tego nie widział.


Ale samotność…

ma też drugą stronę.

Taką, której nie pokazują na Instagramie.


Ona hartuje.

Uczy, że nikt Cię nie uratuje, jeśli sam nie zdecydujesz się wstać.

Odkrywa, kim jesteś, kiedy nie ma publiczności, oklasków, ani świadków.

I że nawet jeśli dziś siedzisz sam na tej ławce,

to kurwa - siedzisz.

Trzymasz się.

Oddychasz.

Idziesz dalej.


Bo w życiu nie liczy się ilość ludzi obok.

Liczy się jeden, jedyny człowiek, który usiądzie przy Tobie,

nie dlatego, że coś chce,

nie dlatego, że wypada,

ale dlatego, że naprawdę CHCE być.


A do tego czasu?

Idź swoją drogą, chłopie.

Z tą ciszą, która boli, ale też buduje.

Z tą samotnością, która wbrew pozorom -

robi z Ciebie kogoś, kogo nie da się tak łatwo złamać.


- Adwokat Diabła