Lubię być wolny…
W decyzjach — tych mądrych i tych kompletnie szalonych…
W wyborach — zwłaszcza tych, które robię dla siebie, a nie „bo wypada”…
W działaniu — kiedy mogę iść, robić, tworzyć, budować bez żadnych kajdan…
Wolność mam we krwi…
Ale jest jeden rodzaj wolności, którego wciąż się uczę…
Wolność od Ciebie…
Od myśli, które same wracają jak refren starej piosenki…
Od obrazów, które pojawiają się, choć wcale ich nie zapraszam…
Od pytań, które zadaję sobie w nocy, choć wiem, że rano i tak nie znajdę odpowiedzi…
Mówię sobie, że jestem wolny…
Że przecież nic już nas nie trzyma…
Że to koniec, zamknięte, odcięte…
A jednak Ty potrafisz wrócić jednym wspomnieniem,jak zadra, którą palec wciąż odnajduje, nawet gdy rana dawno powinna się zagoić…
I to jest ta brutalna szczerość:
chcę być wolny od myślenia o Tobie,
ale wciąż próbuję udowodnić to bardziej sobie niż światu…
Bo mężczyzna może wygrać bitwę,
może wygrać życie,może wygrać wszystko,a i tak przegrać z jedną myślą o kobiecie,która kiedyś była jego…
Ale wiesz co?
Każdego dnia jestem bliżej tej wolności…
Nie dlatego, że Cię zapominam,
ale dlatego, że uczę się żyć… bez ciężaru Twojej obecności…
A kiedyś — wiem to — naprawdę będę wolny…
Nie od świata…
Nie od siebie…
Wolny od Ciebie…
I wtedy dopiero naprawdę zacznę żyć…
Pięknego wieczoru kochani…
Autor W każdej ciszy najgłośniej słychać milczenie.
