Myślałaś kiedyś, że wszyscy cierpimy na tę samą chorobę?
Na samotność — taką, którą nosi się pod skórą, jak cichy puls;taką, która mieszka pod powiekami, gdy noc robi się zbyt długa…
To nie jest samotność z filmów, dramatyczna i krzycząca…
To ta druga — bezgłośna, uporczywa, osiadająca w środku jak zimny pył…
I wtedy właśnie łapiemy się na tym,
że byle drobina czułości, zwykłe „jak się masz?”,potrafi uderzyć w nas jak obietnica zbawienia…
Jakby czyjaś uwaga była nagle portalem do innego wszechświata,
w którym już nie trzeba udawać, że wszystko jest w porządku…
Rzucamy się więc na najmniejszy okruch ludzkiego ciepła,jakby to miało być antidotum,jakby ten jeden gest miał zakończyć naszą prywatną erę lodowcową…
A gdzieś w środku tli się myśl:
„Może to właśnie teraz… może to początek końca tej przeklętej pustki?”
Ale samotność ma jedną przewrotną cechę —nie zniknie od ochłapu, nawet najcieplejszego…
Ona znika, gdy spotyka się człowieka,przy którym po raz pierwszy od dawna nie trzeba przestawać być sobą…
I wtedy, w tej jednej sekundzie,
świat przestaje skrzypieć zimnem…
A Ty wiesz — że ta choroba miała sens,jeśli doprowadziła Cię właśnie tutaj…
Autor W każdej ciszy najgłośniej słychać milczenie.
