Księżniczką nigdy nie byłam i nie będę.
Ta rola to kompletnie nie moja bajka.
Nie boję się pobrudzić dłoni męskimi pracami.
Nie robię histerii, gdy złamię paznokieć, przy ich wykonywaniu.
Nie lubię prosić i czekać na pomoc.
Zdecydowanie preferuję zakasać rękawy i wziąć sprawy w swoje ręce.
Jestem niezależna.
I bardzo dobrze się z tym czuję.
Gdy nie polegam na nikim, a wyłącznie na sobie.
Gdy wszystko co osiągnęłam, zawdzięczam tylko sobie.
Pracy swoich dłoni, swojej sile, determinacji, uporowi.
Nie czekam, aż ktoś poda mi cokolwiek na tacy.
Gdy czegoś potrzebuje, chcę, po prostu sięgam po to sama.
Nie uważam, że cokolwiek mi się należy.
Myślę, że na wszystko muszę sobie zapracować.
Nie lubię wykorzystywać swojej kobiecości do osiągnięcia określonych celów.
Bo to nie ona powinna stanowić decydujący czynnik moich sukcesów, powodzeń życiowych.
Być może jestem kobietą z twardym, trudnym, zahartowanym charakterem.
Ale dzięki temu, nikt nie odbierze mi satysfakcji i dumy z osiągniętych sukcesów.
Nikt nie może mi wypomnieć, że do czegokolwiek doszłam z jego pomocą, dzięki komuś.
Wszystko co mam, miejsce, w którym jestem zawdzięczam sobie.
I cholera.
To jest zajebiste uczucie.
